Od paru lat obserwujemy na Kolonii coraz to więcej bezpańskich kotów. Początkowo było to zjawisko na niewielką skalę, ale nagle koty zaczęły być widoczne wszędzie. Dlaczego? Okazuje się, że główną przyczyną jest fakt, że u góry, na Suchaninie, jest kilka osób, które te koty dokarmiają. No i nie byłoby może w tym niczego zdrożnego, gdyby nie to, że panie te nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo uprzykrzają nam życie.
Pomijając już to, że koty się mnożą i jest ich coraz więcej, przy przejściu na górę, na Suchanino, po drodze do sklepu, cały chodnik upaskudzony jest pozostałościami mięsa, wątróbek i wędlin. Osobiście widziałam, jak na pierwszym piętrze otworzyło się okno, a z niego na chodnik poleciał i rozplaskał się kawałek surowego mięsa... Brud, smród i masa much, które unoszą się chmarami nad chodnikiem, przerasta wszelkie pojęcie. Oczywiście już od samego rana stado kotów siedzi, leży i stoi na chodniku i wpatruje się w owe okno.
Do tego jeszcze trzeba dodać, że są dwa miejsca, w których "dobre" panie ustawiają miseczki, pudełeczka, sypią karmę, rozkładają mięso, etc. Nawet latem, kiedy każdy normalny kot doskonale sobie poradzi z szukaniem jedzenia. Gdyby to się działo wyłącznie zimą, kiedy są mrozy, pewnie nikt by złego słowa nie powiedział... Siłą rzeczy koty panoszą się na naszych podwórkach, a kocury znaczą swoje terytorium. Szkoda, że nikt tym paniom nie uświadomił, że to nic miłego wyjść przed swój dom i zostać otoczonym odorem kociego moczu. Nie wspominając o licznych przypadkach, kiedy to kocur obsikał na przykład wystawione pranie. Albo uznał, że warto się załatwić w ogrodzie, w piasku. A przecież my tutaj też mamy dzieci, które tu mieszkają, bawią się i to nic dla nich przyjemnego, kiedy bawiąc się, nagle wsadzą ręce w kocią kupę.
Osobiście uważam, że powinno być tak, jak na pewnym osiedlu w stolicy. Bezpańskie koty wyłapano, wysterylizowano na koszt miasta i wypuszczono z powrotem. Problem kocich stad przestałby istnieć. Szkoda tylko, że nie da się niczego zaradzić na "życzliwych" dokarmiaczy.